piątek, 28 września 2012

Villette, stolica Labassecour*

No dobrze. Czas zejść na ziemię i do roboty. Chcąc się oderwać od klimatów francuskich sięgnęłam po Charlotte Brontë. Tylko złą książkę wybrałam. Nie w sensie jakości, ale tematyki. Villette bowiem zaprowadziła mnie znowu do okolic, które chciałam choć na trochę opuścić. Fikcyjne królestwo Labassecour, którego stolicą jest Villette, to wprawdzie Belgia (gdzie autorka była na pensji), ale za to frankofońska (notka na okładce zawiera błędną informację o Francji). Nie pomyślałam logicznie, to fakt. Tytuł wszak sugerował, co mnie może czekać, ale że dzieci znowu chore i w nocy jeździły do Rygi, mózg mi funkcjonuje nie całkiem sprawnie o trzeciej w nocy i skutki są takie, że wylądowałam nie zupełnie tam, gdzie chciałam. Ale nie było najgorzej, chociaż i nie najlepiej.




Historia nie jest jakoś szczególnie skomplikowana, za to rozbudowana na wszelkie możliwe sposoby i mieści się w dwóch tomach. Nie wiem, czy to naprawdę konieczne, bo czasem się rozpływa w zupełnie niezrozumiałe kierunki, ale nikt nigdy nie wie do końca, co autor miał na myśli. Widocznie Charlotte uważała to wszystko za ważne i godne zapisania. Niech tam jej będzie. Klasyką jest. Przetrwała tyle lat, a to chyba o czymś świadczy. 

Lucy Snowe, sierota bez własnego domu (a jakże by inaczej, Jane Eyre i Shirley się kłaniają), tuła się po posiadłościach bliższej i dalszej rodziny, a gdy dorasta musi szukać pracy jako dama do towarzystwa w bogatych domach. Kiedy i ta forma zarobkowania prowadzi donikąd, decyduje się na odważny i nieco desperacki krok, aby szukać zajęcia na kontynencie, gdzie podobno młode Angielki łatwo znajdują zatrudnienie jako guwernantki. Trafia do Villette, na pensję madame Beck. Zaczyna nowe życie z dala od kraju. Jakże  bliskie były mi jej strachy i rozterki! Ileż własnych myśli odnalazłam w przemyśleniach Lucy. Zaczęłam jej kibicować z całego serca, bo sama też tak kiedyś zaczynałam w Paryżu. I nie istniało te 150 lat dzielących nasze historie. Przeraziła mnie samotność tej dziewczyny. Nikogo na świecie nie miała, kto mógłby wyciągnąć pomocną dłoń. Dzisiaj napawa to smutkiem, musiało być rzeczą straszną w tamtych czasach, gdy kobieta istniała właściwie tylko dzięki swojej rodzinie, ojcu, mężowi, dzieciom. Niestety Lucy jest ukształtowana przez swoją epokę. Akty odwagi wynikają u niej z braku innego wyjścia. Gdyby mogła, najchętniej pełniłaby bez szemrania rolę, jaką powinna, według niej, odgrywać kobieta - matki i żony. Los zmusza ją jednak do reakcji, chociaż kiedy może, woli trzymać się z boku, patrząc na życie innych. Mogłabym napisać: co za mimoza!, ale oznaczałoby to kompletny brak zrozumienia tamtych realiów. Za długo ostatnio siedziałam w XIX wielu, żeby czepiać się ówczesnych kobiet. A do tego właśnie one rozpoczęły długą i trudną walkę, z której my dzisiaj korzystamy. 

Czasem jednak trudno zdzierżyć, nawet rozumiejąc ówczesną sytuację, że niegłupia w końcu dziewczyna, mówi takie głupoty, jak poniżej na temat mężczyzn i uczuć. Dialog czternastolatki(!) z sześciolatką doskonale ilustruje pranie mózgu, jakie kobiety same sobie robiły, jakby chcąc usprawiedliwić swoją bierną, drugoplanową pozycję. "Nie żądaj jednak od niego zbyt wiele, żeby mu się nie uprzykrzyć. Wtedy będzie po wszystkim."  No jasne, żeby tylko mężczyzny nie zdenerwować, bo przechlapane! Takich perełek jest więcej, a dzięki nim zaczyna się lepiej rozumieć, jak było kiedyś. Dlatego choć denerwujące, są świadectwem  dziewiętnastowiecznej mentalności. Chociaż i dzisiaj nie brak myślących podobnie:)




Co jest trudne to strawienia podczas nocnego czytania to język powieści, przepiękny, oddający klimat epoki (tłumaczenie Róży Centnerszwerowej, która przełożyła też Sagę rodu Forsyte'ow), ale tak zagmatwany, że łapałam się na odczytywaniu po trzy razy jednego zdania. Stanowczo trzeba czytać w pełni sił umysłowych, bo to źle, że coś, co zawsze jest dla mnie atutem, stało się drogą przez mękę. A to zdrobnienia, tiu, tiu, tiu, a to jakieś słowa z kosmosu. Stanowczo nie na noc z chorymi potworkami.




Ale żeby nie było, że tępota ze mnie całkowita! To, co najważniejsze, oczywiście dotarło i zachęciło do dalszej lektury. Czeka przecież drugi tom. Książka powstała w 1853 roku i nie jest dziwne, że trąci myszką, ale gdy już się człowiek ogarnie i wkręci, pochłania go całkowicie. Mam słabość do literatury tego typu, dokumentującej skrupulatnie świat, którego nie ma. Taka elegancja wypowiedzi, staranny dobór słów, zmuszający czytelnika na wzniesienie się ponad codzienne bla, bla, bla może tylko wyjść na dobre. Trzeba jednak się otworzyć w pełni na lekturę i poświęcić jej trochę czasu. Stanowczo nie do połykania, pożerania, czytania jednym tchem, "nie można się oderwania" i innych takich "popierdółek" mających wyrazić szybkość czytania. Szybko to się biega na setkę;) Ja Usain Bolt nie jestem, wolę samotność długodystansowca, a Villette znakomicie się do tego nadaje. Dlatego odradzam stanowczo szukającym mocnych i natychmiastowych wrażeń, tu ich nie znajdziecie.

*Labassecour - od la basse cour (fr.) - podwórzec, dziedziniec, podwórko, gdzie hoduje się  ptactwo domowe, 

2 komentarze:

  1. Mam, mam! Dostałam niedawno 2 tomy w prezencie dzięki dobrej duszyczce:)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...