wtorek, 12 marca 2013

Max Factor nieco zaniedbany

Dzisiaj będę zrzędliwa, ale tylko trochę, bo jestem niezadowolona połowicznie, a połowicznie jestem usatysfakcjonowana. Otóż zakupiłam biografię Maxa Factora autorstwa Amerykanina Freda E. Bastena i jako że lektura niezbyt obszerna (po Wyznaję wszystko się wydaje takie niewielkie) przeczytałam szybko i teraz analizuję. Nie powiem, że nie jest ciekawa, bo nieco jest. O naszym rodaku, który stworzył kosmetyczne imperium, znane na całym świecie, wiadomo nam było niewiele, a szkoda, bo w końcu osiągnął wielki sukces w Hollywood. Jak to się stało, że ten niepozorny chłopak zawojował cały świat? Wszystkie gwiazdy chciały, by je malował i czesał, a on im pomagał wyglądać pięknie na ekranie. Dla zwykłych kobiet też wiele zrobił, bo wymyślał cuda niewidy ułatwiające robienie makijażu (on jest twórcą słowa make-up). Dobrze, że ktoś w końcu przybliżył Maxa Factora i to jest największy plus książki. Uważam jednak, że postać tego formatu zasłużyła sobie na biografię lepszej jakości.




Czepiam się, może i złośliwie, ale ponieważ lubię zagłębiać się w historię, szybko rzuca mi się w oczy powierzchowne potraktowanie tematu. Autor podobno korzystał z archiwów, prasy itp., itd., ale ma się wrażenie, że zrobił to trochę po łebkach. Zwłaszcza fragmenty dotyczące okresu przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych rażą naiwnością. Zostały pewnie napisane w oparciu o wspomnienia Factora, które musiały być nieźle podkolorowane. Otóż Maksymilian Faktorowicz urodził się w Łodzi lub w Zduńskiej Woli (ten trop pojawił się niedawno i chyba nie był znany autorowi). Jako młody chłopiec praktykował u aptekarza, potem wyjechał do Rosji, gdzie pracował ciężko, jako człowiek od wszystkiego (również makijażysta i fryzjer) w teatrze Bolszoj, a po odbyciu służby wojskowej, osiadł w Riazaniu, by tam otworzyć sklep z perukami i kosmetykami. Już trudno, przełknęłabym jakoś fakt, że Max był podobno tak cenny dla dworu carskiego, że poruszał się zawsze pod eskortą kilku strażników, aby nie uciekł, ale opowieść o ukrywanym przed dworem małżeństwie, z którego zrodziło się troje dzieci, jakoś mi dziwna się wydaje. A już historia ucieczki przez Karlowe Wary do USA naprawdę mnie rozbawiła. No sami przeczytajcie:


Długo tulili się w ramionach, a potem ruszyli w stronę lasu otaczającego Karlowe Wary. (...) Teraz razem z mężem i dziećmi brnęła przez zaśnieżony las. Szli głównie nocą, kiedy niebezpieczeństwo, że ktoś ich zauważy, było mniejsze. Pokonywali niekończące się kilometry, aż w końcu dotarli na polanę. Zobaczyli przed sobą port, w którym parowiec Molka III szykował się do rejsu do Ameryki.
I tak: statek nazywał się SS Moltke i wypływał z Hamburga (lista pasażerów poniżej), a nie z polany z portem. Wychodzi na to, że rodzina Faktorowiczów przeszła pieszo z Karlowych War do Hamburga! Prawie 500 kilometrów! Trochę to naciągana historia i widać wyraźnie  że autor się jej nie przyjrzał, ale wziął ją za pewnik bez szukania źródeł, które, jak widać, są dostępne nawet w internecie.

W książce ewidentnie brakuje głębszej analizy sukcesu Maxa Factora, właściwie nie wiemy za  bardzo, jak mu się to wszystko udało. Są podane fakty, zrobił to i to, tego i tego roku, ale nie ma za dużo informacji, jak to zrobił. Trochę lepiej jest już z okresem od przyjazdu do USA, pewnie dlatego, że łatwiejszy był dostęp do materiałów. Basten nieco beznamiętnie opisuje kolejne etapy kariery Maxa Factora, wymienia nazwiska sławnych ludzi, tytuły filmów, przy których pracował, omawia kolejne wynalazki w dziedzinie makijażu, ale trudno się przywiązać do postaci, wzruszyć czy nawet zachwycić, takie to jakoś jest oderwane od uczuć. Niemniej porcja wiedzy jest dość pokaźna, chociaż jak wspomniałam wcześniej, trzeba do niej podchodzić ostrożnie. Trochę drażni mnie to, że nie mogę się oprzeć na tej lekturze jak na pewnym źródle informacji, zwłaszcza, jeśli ma to być, było nie było, biografia.

W dodatku jest napisana (a może to tłumaczenie?) tak prostym językiem, że momentami aż  zgrzytałam zębami. Można było troszeczkę bardziej poetycko opisać śmierć pierwszej żony Maxa niż "padła martwa na chodniku" zaraz mi się ze zdechłą krową skojarzyło, ale żeby tak o kobiecie? Rozumiem, że matka już wtedy czworga dzieci ma prawo paść, ale żeby tak zaraz w literaturze pisać?


Max Factor zaistniał jako wizażysta filmowy prawie od samego początku istnienia kina. Jego kosmetyki do charakteryzacji ułatwiły znacznie pracę na planie. Był też doskonałym fachowcem w dziedzinie fryzjerstwa. Jemu zawdzięczała swoje rude włosy Rita Hayworth. Nie było w Hollywood żadnej większej produkcji, przy której by nie pracował, a aktorzy i aktorki domagali się jego usług. Umiał wydobyć z nich największe piękno. Potrafił również uczynić ich przerażającymi, gdy było to konieczne. Do historii kina przeszła jego charakteryzacja Borissa Karloffa w filmie Frankenstein z 1931 roku. Pracował ciężko nad wymyślaniem nowych kosmetyków dla największych gwiazd międzywojennego kina. Malował  Polę Negri, Judy Garland, Paulette Colbert, Joan Crawford, Elizabeth Taylor, Ritę Hayworth oraz wiele innych pięknych twarzy. Pokazał światu, że każdy rodzaj i kolor cery potrzebuje dostosowanego odpowiednio makijażu. Przez wiele lat królował niepodzielnie w Hollywood,  wciąż doskonaląc swoje wyroby. Światek filmowy cenił go i szanował, dowodem na to jest słynna piosenka Hooray for Hollywood:

Hooray for Hollywood!
You may be homely in your neighborhood.
Still, if you think that you can be an actor
See Mister Factor
He'd make a monkey look good!


Niech żyje Hollywood!

Tu gości cały lud

A jeśli chciałbyś zostać aktorem

Spotkaj  się z panem Factorem

On nawet z małpy zrobi cud!

 Hooray for Hollywood śpiewa Doris Day

Przymrużam oko na pewne niedoskonałości tej biografii, bo jak już wielokrotnie podkreślałam, amerykańscy pisarze z rzetelnością są czasem na bakier, piszą pod swojego czytelnika, który o realiach Europy końca XIX i początku XX wieku prawdopodobnie nie ma bladego pojęcia, więc trzeba prosto i na temat. I taka jest ta książka, bez emocji, sucha, prosta, opisująca schematycznie kolejny przykład amerykańskiego snu. Najwięcej zaangażowania wykazał autor w przedmowie i posłowiu, czuje się, że temat był dla niego ważny, ale, moim zdaniem, nie potrafił tego pokazać pomiędzy. Mimo to książka jest warta zauważenia, bo pierwsza w temacie. 


Galeria


Sklep Maxa w Riazaniu

Lista pasażerów SS Moltke  wśród nich rodzina Faktorowiczów

Sklep Maxa w Los Angeles, 1920








Muzeum Maxa Factora
 Przyrząd do ustalania idealnych proporcji twarzy









 Sztuczne rzęsy 
























 Max Factor


 Barabara Stanwyck

Jean Harlow


 Jean Harlow z Maxem Factorem



Jean Harlow z Maxem Factorem i jego trzecią żoną Jeannie

 Max Factor z modelkami na targach kosmetycznych

 Rita Hayworth
Rita Hayworth 1937 roku zanim stała się gwiazdą



Judy Garland w reklamie kosmetyków Maxa Factora



5 komentarzy:

  1. Myślę, ze wychodzi tu troszkę ignorancja amerykańskiego autora. Dla wielu Amerykanów Europa jawi się jako dziwne miejsce, gdzie wszędzie jest blisko. Może dlatego Karlove Vary, po pokonaniu iluś tam kilometrów ostatecznie kończą się portem...
    Gdy dwa lata temu mąż był służbowo w USA, jeden z rdzennych mieszkańców Chicago zapytał go wiedząc, że przyjechał z Polski: "Czy u was są miasta?"
    Autor biografii Max Factora był kiepski z geografii i tak mu zostało...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie wystarczyło naprawdę niewiele, żeby odnaleźć dokumenty i fakty powiązać ze sobą w logiczny ciąg wydarzeń. Dwa trzy zdania więcej i historia nie byłaby tak naiwna.

      Usuń
  2. Moją pierwszą myślą w momencie, gdy zobaczyłam tę książkę na wystawie księgarni było: "Dlaczego, na Boga, ona taka chudzieńka??"
    Jakiś czas temu interesowałam się starym kinem hollywoodzkim niemal obsesyjnie, ale o Factorze, choć drążyłam ile mogłam, nigdy nic nie znalazłam (dodam, że czasy były przedinternetowe).
    Obsesja już mi trochę minęła, ale postać artysty makijażu interesowała mnie nadal do tego stopnia, że bardzo mnie ucieszyła zapowiedź wydania jego biografii. I już miałam kupić, ale się wstrzymałam, gdy zobaczyłam jej objętość i pobieżnie przejrzałam na kanapie księgarenki. I dobrze zrobiłam, jak widzę. Jeszcze bym zęby starła czytając o tym okręcie na polanie i innych perełkach:)
    Ale co to ja miałam... aha, znakomita galeria!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla bardzo zainteresowanych jest to jakaś ciekawostka w temacie, ale to już trzeba naprawdę się fascynować takimi historiami i wtedy nie zważać na oprawę. Jeśli jednak szuka się jeszcze obok literatury, to można się zawieść.

      Usuń
  3. Świetny post, ale książki z takimi perłami geograficzno-historycznymi nie przeczytam.
    Może jak kiedyś podrzucisz coś o Rubinsztainowej... ;)

    A co do tej krowy (jakoś się do mnie przyczepiło:) to widać wedle hamerykańskich biografistów w Europie to krowie bliżej paść w rowie a damie to tylko na chodniku...;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...