poniedziałek, 25 marca 2013

Po Czekoladzie czas na Brzoskwinie

Z nietrafioną lekturą o słodkim Paryżu przywędrowała do mnie również bardzo trafiona książka Brzoskwinie dla księdza proboszcza Joanne HarrisOczywiście kupiłam ją do swego zbioru Tour de France i przez wielki sentyment do Czekolady - filmu i powieści. To trzeci tom cyklu o Vianne Rocher, zamówiłam również drugi, Rubinowe czółenka, którego akcja rozgrywa się w Paryżu, a dotąd jakoś nie miałam okazji przeczytać.



Po ośmiu latach nieobecności, Vianne z córkami, Anouk i Rosette, powraca do Lansquenet, przywołana listem od nieżyjącej przyjaciółki Amande Voizin. W miasteczku ktoś potrzebuje jej pomocy. Okazuje się, że w tarapaty popadł niegdysiejszy zagorzały przeciwnik Vianne i jej Chocolaterie, proboszcz Reynaud. Mimo upływu lat problemy z jakimi zmagają się mieszkańcy miasteczka okazują się prawie takie same. Znów konfrontacja z "obcymi", którzy się tu osiedlili. Tym razem są to muzułmanie z różnych krajów Afryki Północnej. Niektórzy żyją we Francji od pokoleń, inni dopiero co przybyli. Początkowo relacje między nimi a miejscowymi układają się poprawnie, ale wkrótce różnice dają o sobie znać. W obu wspólnotach piętrzą się również konflikty wewnętrzne, co nie ułatwia dialogu między nimi. Vianne Rocher wie, że problem jest bardzo poważny, czuje niepokojący powiew wiatru,  towarzyszącego jej zawsze, gdy coś niedobrego ma się zdarzyć i wcale nie jest pewna, czy uda jej się zapobiec nieszczęściu, którego cień wisi nad Lansquenet.

Odnalazłam klimat dobrze mi znany z Czekolady, bardzo szybko zapomina się przy tej książce o całym świecie. W dodatku angielska autorka świetnie wyczuwa francuskie klimaty, co już zresztą wcześniej udowodniła. A wcale nie jest to takie łatwe, aby podejść ze zrozumieniem do mentalności francuskiej współczesnej prowincji. Trzeba ją naprawdę dobrze znać. Tu nie znajdziemy ani śladu stereotypów, o których pisałam przy okazji poprzedniej recenzji. Joanne Harris z precyzją analizuje sytuacje i emocje związane z napływem ludności, która nie zawsze chce się integrować z tubylcami, ale również nie zawsze może. Bez ferowania wyroków na korzyść jednych czy drugich, stara się przedstawić jasne i ciemne strony obu społeczności. Tematycznie jest to lektura bardzo na czasie, z wnikliwością analizująca przyczyny wrogości między ludźmi różnych kultur i wyznań. I jedną z nich jest oczywiście to, że nic o sobie nawzajem nie wiedzą. Oceniają się po pozorach. Z pozorów urastają legendy. Nikt nie stara się weryfikować, jak jest naprawdę. Vianne szybko pojmuje, że czeka ją niełatwe zadanie, gdy kolejne próby zbliżenia między wspólnotami zawodzą, a zamiast oczekiwanej zgody, następuje eskalacja konfliktu, która prowadzi w końcu do tragedii.

Główna bohaterka ma też osobiste problemy, pojawia się niepewność co do solidności jej związku z ukochanym Roux (w Czekoladzie grał go wspaniale Johnny Depp), młodsza córka nie mówi, chociaż ma już osiem lat, a relacje z Josephine, wyrwaną kiedyś z rąk brutalnego męża, stają się bardzo napięte i podszyte niedopowiedzeniami. Powrót do Lansquenet staje się wiec dla Vianne próbą uczuć i podróżą w głąb własnego serca.

Czyta się z prawdziwą przyjemnością. Język jest piękny, obrazowy, bez jednego zgrzytnięcia, a opowieść snuje się powoli bez niepotrzebnych ubarwień. Jednak od początku można poczuć powoli narastające napięcie aż końcowego rozwiązania, kiedy to czytelnik pozostaje z uczuciem niedosytu, bo nadal nie ma pewności, co do wyborów życiowych głównej bohaterki. Zostanie w końcu na prowincji, gdzie czuje się prawie jak w domu, czy jednak strach przed byciem przywiązaną raz na zawsze do jednego miejsca znowu zwycięży i wiatr pogna ją dalej?

Zupełnie osobiście spodobał mi się opis sierpniowego Paryża, który Vianne opuszcza, aby udać się do Lansquenet. Czułam to parzące słońce tyle razy, a teraz znowu przeniosłam się tam w środku zimy. Oczywiście są i wspaniałe opisy przyjemności jedzenia, które moim zdaniem Harris opanowała do perfekcji. Naprawdę ma się wrażenie, że sok z tytułowych brzoskwiń spływa po naszych palcach. Poddałam się całkowicie urokowi tej powieści, a teraz czekam na Rubinowe czółenka zamówione na allegro. Chcę też zamówić inne powieści autorki, sposób, w jaki pisze, bardzo mi odpowiada, więc podejrzewam, że nawet jeśli nie będą to lektury z Francją w tle, mogą mi się spodobać. Ale zacznę chyba od Jeżynowego wina, bo w tej powieści znów pojawia się francuska prowincja i Lansquenet.








12 komentarzy:

  1. oczywiście książkę mam juz na tablecie i zacznę zaraz czytać. "Czekolada" w wersji książkowej i filmowej mnie uwiodła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To czekam na twoją na opinię:)

      Usuń
    2. Chciałabym kupić "Brzoskwinie "na czytnik, ale nigdzie nie mogę znaleźć...Skoro masz na tablecie to powiedz - jak nabyłaś??

      Usuń
  2. Pamiętam, że "Czekolada" mnie nie zachwyciła. Sama nie pamiętam już dlaczego. "Rubinowe czółenka" oddałam więc koleżance. Ale i tak któregoś dnia nadrobię i tamten tom i ten tutaj, o którym tak ładnie piszesz. Coś czuję, że po prostu trafiłam na książki Harris w nieodpowiednim momencie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że nie ten moment, możliwe, że nieodpowiedni humor, a całkiem możliwe, że to nie twój typ literatury:)Całe szczęście nie brak ci innych lektur:)

      Usuń
  3. Uwielbiam tę autorkę, mam wszystkie jej książki - za wyjątkiem najnowszej, której dziko Ci zazdroszczę:) Cieszę się, że powieść trzyma poziom, już nie mogę się doczekać zanurzenia w tej fantastycznej prozie!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tylko Czekoladę i Brzoskwinie, ale czuję, że szybko to nadrobię.

      Usuń
  4. Ja, czytelniczka trzymająca się raczej z dala od "babskich" powieści - uwielbiam Harris! Jej styl jest uroczo specyficzny, ma niepowtarzalny klimat, a opowieści wciągają bez reszty. Czytając, smakuje się każde słowo, a potem wraca się do nich nie raz. Próbką jest "Czekolada", ale wcale nie uważam jej za najlepszą książkę tej pisarki.

    Na swojej półce nie mam tylko opowiadań "W tańcu", bo z zasady za tą formą literacką nie przepadam oraz (nie wiem, czy Isadora się ze mną zgodzi) zupełnie nieudanego, przyprawiającego o nieprzyjemny dreszcz, wręcz niesmacznego "Błękitnookiego chłopca" (jak ktoś lubi udręczać sobie psychikę - w sam raz) - Harris postanowiła na chwilę odejść od tego, co wychodzi jej najlepiej i zrobiła baaardzo źle, moim skromnym zdaniem.

    "Jeżynowe wino" jest cudne, ale ja najbardziej kocham "Pięć ćwiartek pomarańczy". W tę poetykę wpisuje się jeszcze "Świat w ziarenku piasku". "Duch z przeszłości" też jest bardzo dobry, lecz dla mnie już taki trochę za bardzo... czy ja wiem... przesłodzony, romansowy? "Rubinowe czółenka" bardzo lubię, ale "Czekoladzie" nie dorównały, mam nadzieję, że "Brzoskwinie" wracają do odpowiedniego poziomu, a po Twojej recenzji wydaje mi się, że tak właśnie jest.

    Zupełnie inną bajką są "Runy" i "Blask runów" - trzeba lubić młodzieżówki i książki z mitologią w tle. A jak już ktoś kocha mity skandynawskie i uwielbia, tak jak ja, wielbicielka Czarnych Charakterów, Lokiego, to książki w sam raz dla niego.

    No i na końcu dwie najwcześniejsze powieści Harris - "Nasienie zła", czyli fajna książka o wampirach (ale w oryginalny sposób, o niebo lepsze od wszelkich "Zmierzchów") i "Śpij kochanie, śpij" - mroczna, pogmatwana, lunatyczna opowieść rodem z XIX wieku. Mniam!

    Zapomniałam jeszcze o "Dżentelmenach i graczach", bardzo oryginalnym kryminale - też znakomita powieść!

    Uff, to chyba wszystko, może na coś Ci się to przyda przy wyborze książek Harris. A mnie naszła na nią obłędna ochota!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kupię chyba wszystko hurtem:) Podoba mi się bardzo jej język, a to jest dla mnie bardzo ważne. Jeśli język jest piękny, to wszystko mogę przeczytać.

      Usuń
  5. Czekoladę znam jedynie z wersji filmowej. Bardzo, bardzo... Jakież smakowite są tytuły jej powieści, aż ślinka cieknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest coś urzekającego w jej sposobie pisania, taka dobra proza obyczajowa. Trochę romantyczna, tajemnicza, a jednocześnie opowiadająca o problemach całkiem przyziemnych, takich na wyciągnięcie ręki. Bo to zmaganie z "obcym" jest i u nas widoczne, chociaż w porównaniu do Francji to nie taką skalę. Ale każdy ma widać swojego "obcego":)

      Usuń
    2. Mnie urzeka przede wszystkim ta misternie wpleciona w akcję, delikatnie wyglądająca spomiędzy zdań, nienarzucająca się, ale obecna tam, gdzie być powinna - magia:)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...