środa, 24 kwietnia 2013

Gwiazdy sprzed lat

Kolejny post z serii "siedzę w starociach". Zachwycające rzeczy tam znajduję, jak na przykład ten artykuł o polskich gwiazdach z 1938 roku. I to wszystko bez fotoszopa było:) Wszystkie zdjęcia z pisma Światowid.



 Hanka Ordonówna 1939

Jadwiga Smosarska 1939






I trochę wielkiego świata:






Josephine Baker (zwana u nas Józefiną Baker)





sobota, 20 kwietnia 2013

Spotkania z Małgorzatą Gutowską - Adamczyk

Małgorzata Gutowska - Adamczyk spotka się z czytelnikami w całej Polsce:) Zawita również, co mnie bardzo cieszy, do mojego Namysłowa. Jeśli ktoś ma ochotę na rozmowę z pisarką, zapraszamy. Ja pewnie dołączę w Krakowie i na Opolszczyźnie pogrzać się trochę w blasku sławy ;) 





26 kwietnia Płock

7 maja Kędzierzyn Koźle, Racibórz

8 maja Skoczów, Jastrzębie Zdrój

10 maja Gimnazjum nr 15, Warszawa Ochota

14 maja Łomża

16 maja Ladies Night, Warszawa

18 maja Warszawskie Targi Książki

21- 22 maja Murowana Goślina, Suchy Las Poznań, Księgarnia z Bajki

7-9 czerwca Bieszczadzkie Lato z książką: Sanok, Przemyśl, Lesko

12-14 czerwca DKK Kielce


2-6 września Opole oraz Kluczbork, Olesno, Grodków, Zębowice, Gogolin i Lubsza, Namysłów

9-13 września Lublin

20 września  Sosnowiec oraz Targi Książki w Katowicach

23 – 27 września  DKK Wrocław oraz Środa Śląska, Brzeg Dolny,Lubań, Pisarzowice, Trzebnica, Wisznia Mała, Legnica, Chojnów, Żarów,Świdnica

7-11 października Września i okolice

17-18 października Ełk, Grajewo, Bartoszyce, Sępopol

23-25 października DKK Kraków, Targi Książki w Krakowie

30 października Dębe Wielke

4-8 listopada DKK Gdańsk


piątek, 19 kwietnia 2013

Ta kobieta

Cała afera z Wallis Simpson zawsze wydawała mi się groteskowa, ale i intrygująca. Ludzkie namiętności są fascynującym tematem książek, a od jakiegoś czasu (od kiedy zaczęłam się starzeć:P) bardziej ciekawią mnie historie prawdziwe niż fikcja, bo jak wiadomo życie pisze najlepsze scenariusze i to się świetnie potwierdza w historii "tej strasznej kobiety". Znak wydał jakiś czas temu jej biografię Ta kobieta Wallis Simpson napisaną przez Anne Sebba, a ja wczoraj się za nią zabrałam i przepadłam w niej na całą noc.



Ależ oni (Wallis i jej gapowaty eks-król) byli niedobraną, a zarazem dobraną parą. Zupełne przeciwieństwa, ale doskonale się dopasowujące. Ona władcza, o męskich cechach spowodowanych jakimś nieustalonym dotąd problemem natury fizjologicznej, on tchórzliwy, pierdołowaty i niezbyt zrównoważony. Ona rządziła i strofowała go jak dziecko, on słuchał i robił wszystko, by ją zadowolić. 

Wcale nie chciała jego abdykacji i całego tego poświęcenia. Wolałaby, żeby walczył o tron, a ją uczynił królową. Nie kochała go ponad wszystko i cała sytuacja nieco ja przerosła, gdy trzeba było podjąć ostateczne decyzje. Na żonę króla angielskiego raczej się nie nadawała, po amerykańsku zbyt bezpośrednia, według niektórych wprost bezczelna, z niewyparzonym językiem i bardzo swobodnym sposobem bycia, drażniła swoim brakiem gustu (z czasem znacznie się polepszył) i manier odpowiednich do obcowania z dworem królewskim. Ale to wszystko, co jedni wytykali jej jako wady, podbiło serce Edwarda VIII. Miłość jest ślepa i tyle. Kiedy nie uzyskał zgody na ślub z kochanką, abdykował i pobrali się w 1937 roku. Wallis czesał do ślubu zaprzyjaźniony z nią blisko nasz rodak, słynny fryzjer Antoine (Antoni Cierplikowski). To on był autorem jej charakterystycznej fryzury z przedziałkiem.

Oboje nie mieli wyczucia taktu i okoliczności. Cały świat obiegły zdjęcia roześmianej pary książęcej w towarzystwie Hitlera, czy Wallis besztającej męża w samochodzie, gdy myślała, że nikt nie widzi. Byli chyba parą egoistów, bardzo skoncentrowanych na sobie i w sumie, gdyby to krzywdy nikomu nie wyrządzało, to czemu nie. Tyle że po drodze narobili szkód na większą i mniejszą skalę. Bardzo ciekawy jest na przykład wątek byłego męża Wallis, który ożenił się później z jej najlepszą przyjaciółką. Wydaje się, że księżna Windsoru nadal coś do niego czuła, prowadziła z nim dwuznaczną korespondencję, nie pozwalając o sobie zapomnieć.





Biografia jest świetnie napisana. Analizuje najbardziej kontrowersyjne i tajemnicze fakty dotyczące Wallis i Edwarda. Oparta na bogatej bibliografii, odnosi się między innymi do kwestii wątpliwości dotyczących kobiecości pani Simpson czy też do stanu zdrowia psychicznego jej królewskiego wybranka. Dla wielu bowiem zaciętych krytyków tej pary był to związek mężczyzny z mężczyzną o mentalności dziecka. Jak było naprawdę? Tego już dowiecie się z książki.

Zresztą szukanie przyczyn po tylu latach i tak niczego nie zmieni. Historia się napisała, w dodatku za całkiem wygórowaną cenę, bo naprawdę trudno powiedzieć, nawet po lekturze tej biografii, czy Wallis była naprawdę szczęśliwa, czy tylko skazana na życie, jakie sama sobie wybrała, a od którego nie mogła później uciec. Ludzie nienawidzili ją za to, że odebrała Anglii króla, gdyby go potem porzuciła, trudno sobie nawet wyobrazić ich reakcje.

Ciekawa sprawa, że angielska rodzina królewska również nigdy jej nie wybaczyła. Na dworze królewskim została oficjalnie przyjęta przez Elżbietę II dopiero dwa lata przed śmiercią. W sumie dziwne, bo przecież jej Elżbieta zawdzięczała bycie królową. Ale kto by tam zrozumiał te wyższe sfery:P

W 2005 roku książę Karol poślubił jednak kobietę, którą kochał, również rozwódkę o nie najlepszej opinii i niezbyt lubianą bez utraty praw do tronu. Coś się jednak zmieniło, zapewne również dzięki Wallis i Edwardowi.


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Pani ciągle czyta:)

Siedzę po uszy w pracy, ale zajrzałam na moment, bo znalazłam takie małe cudeńko, które mnie bardzo rozbawiło. Przedwojenna reklama pudru adresowana do nałogowych czytelniczek:) Dobrego dnia wam życzę, pogoda - marzenie, więc nosy z książek! I tak wszystkiego nie przeczytamy:)


czwartek, 11 kwietnia 2013

Długie życie gorszycielki

Irena Krzywicka jest fascynującą postacią znaną głównie z romansu z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim. No niestety taka jest prawda. Och była oczywiście pisarką, której największą popularność przyniosły relacje z procesu Rity Gorgonowej oraz książki z nurtu wojującego feminizmu, stanowiące zupełną nowość w Polsce. Zapewniły jej tytuł pierwszej gorszycielki przedwojennej Warszawy. O jakości jej książek mogę napisać jedynie tyle, że owszem są kontrowersyjne, ale bardzo średnie. Chociaż niech każdy sobie wyrobi własną opinię oczywiście. Dla mnie najbardziej   interesujące są zawarte w nich wątki autobiograficzne. Poza tym dużo mówią o czasach, w których żyła, a mnie to zawsze interesuje. Nie przeczytałam jeszcze wszystkiego, wolałam  sięgnąć po książki o niej, wtedy zupełnie inaczej czyta się to, co napisała. Niezwykle interesująca jest historia jej życia, opowiedziana w Wyznaniach gorszycielki. A jeszcze bardziej interesująca jest jej biografia autorstwa Agaty Tuszyńskiej Długie życie gorszycielki.





O ile Wyznania trzeba traktować z dużą ostrożnością, bo Krzywicka lubiła dodawać sobie znaczenia, zwłaszcza jako "oficjalna" kochanka Boya, to książka Tuszyńskiej stanowi niezmiernie interesujący obraz słynnej przedwojennej skandalistki. Autorka oddała głos ludziom, którzy Krzywicką znali, lubili lub nie, cenili albo wcale nie rozumieli jej fenomenu. Są wśród nich najbliżsi, syn Andrzej i przybrany syn Tadeusz oraz mnóstwo innych osób, które były z nią bliżej związane albo tylko otarły się o nią na pewnym etapie jej życia. Z tych opowieści wyłania się kobieta na pewno niezwykła, ale niekoniecznie sympatyczna. Pełna sprzeczności, która twierdziła, że poglądy nie zawsze przekładają się na prawdziwe życie. 

Żyła 95 lat, ale tak naprawdę wszystko, co najważniejsze, skończyło się dla niej wraz z wybuchem II wojny światowej. Wcześniej miała męża, dwóch synów, miłość i przyjaźń Boya. Była rozchwytywana towarzysko, adorowana i popularna. U boku Żeleńskiego zaangażowała się w działalność na rzecz kobiet, ich prawa do świadomego macierzyństwa, aborcji i kierowania własnym życiem tak, jak uważały to za stosowne. Opowiadała się za wolnością seksualną w związku. Skwapliwie wdrażała ten model relacji we własnym małżeństwie  podobno za zgodą męża. W bardzo liberalnym środowisku artystycznym przedwojennej Warszawy jej postępowe poglądy nikogo za bardzo nie bulwersowały, ale społeczeństwo nie było gotowe na przemyślenie pewnych kwestii i, jak powszechnie wiadomo, nie jest na to gotowe do dzisiaj.

Nie była wielką pięknością, ja przynajmniej tego nie widzę, ale lubiła ogromnie opowiadać o swoim niesamowitym powodzeniu. Jeśli wierzyć jej słowom, wszyscy się w niej kochali, nawet Iwaszkiewicz. Prawda to, czy skuteczna autoreklama, nie udało się ustalić, bo relacje są sprzeczne, a warszawka plotkowała, że Krzywicka weszła na salony "pod-Boyem". Z pewnością miała to "coś", co czyni z kobiety nawet niezbyt urodziwej, kobietę pociągającą. Przede wszystkim składała się na to jej ponadprzeciętna inteligencja, o czym zgodnie mówią jej zwolennicy i antagoniści. Tym przyciągała najbardziej, a dopiero na drugim planie była jej uroda, może dla mnie dyskusyjna, ale przecież niejednokrotnie wspominana przez osoby, które się z nią zetknęły. Malował ją chętnie Witkacy,  związany zresztą przez jakiś czas z żoną Boya, Zofią (co za czasy:)!) Właśnie na portretach Witkacego wydaje mi się najbardziej interesująca, bo jemu udało się uchwycić jej piękno.





Lubiła zawsze rozmowy o seksie, co jedni uważali za objaw wyzwolenia, inni zaś twierdzili, że "głodnemu chleb na myśli". W Długim życiu gorszycielki niejednokrotnie pojawia się teza, że w rzeczywistości jej wiele romansów miało raczej charakter platoniczny. Korespondowała miłośnie z francuskimi pisarzami (możliwość spotkania raczej minimalna), uwodziła Iwaszkiewicza (możliwość spełnienia raczej zerowa), miała się ku Mirosławowi Żuławskiemu (no ale żona i dzieci, szkoda rozbijać rodziny). Została więc już do końca życia jako kochanka-wdowa po Boyu, co wielu bardzo raziło, gdyż żyła przecież Zofia Żeleńska, w dodatku zachowująca się z wielką skromnością i godnością. Lekki niesmak budzi relacja ze spotkania poświęconego Boyowi, na którym Krzywicka, w obecności żony i syna pisarza, zdała szczegółową relację z łączącej ich relacji.


Irena Krzywicka w latach 30. XX wieku
www.europeana.eu

Ale była również inna Irena Krzywicka. Wojna od razu zniszczyła jej świat, odebrała męża i Boya. W 1943 roku zmarł jej ukochany, starszy syn Piotr. Tu relacje są niezwykle zgodne, że był to chłopiec o nieprzeciętnej urodzie i inteligencji. Z jego stratą nigdy się nie pogodziła. Iwaszkiewicz, który spędził przy niej noc po śmierci dziecka, opowiadał, że pierwszy raz w życiu widział kogoś walącego głową w ścianę. Ciężar tej odebranej matce miłości musiał potem nieść młodszy syn Andrzej. Jego największą wadą było to, że nie był Piotrem i choć został wybitnym naukowcem o międzynarodowym znaczeniu, Krzywicka zawsze wracała myślami do tego, co mógłby osiągnąć Piotruś, gdyby żył. Tak utalentowany chłopiec! Była ateistką, ale wierzyła, że po śmierci spotka się ze swoim dzieckiem.


Portret Ireny Krzywickiej namalowany przez Witkacego

W 1953 roku młodszy syn Andrzej zachorował na Heinego-Medinę. Był w tym samym wieku, co jego brat, gdy umarł. Jego stan był bardzo ciężki, właściwie nikt nie dawał nadziei, że przeżyje. Ponieważ odwiedziny na oddziale zakaźnym były zabronione, a ona nie dopuszczała myśli, że mogłoby jej nie być przy umierającym dziecku, zatrudniła się w szpitalu jako salowa. Rozpoczęła długotrwałą walkę o życie, a później o zdrowie Andrzeja. Historia jej ówczesnych zmagań z losem, to naprawdę jeden z najpiękniejszych przykładów miłości matczynej, o jakich czytałam. Ta Krzywicka przekonała mnie do siebie całkowicie jako człowiek.





Jej życie, na początku fascynujące, zostało później zdominowane przez wspomnienia i troskę o syna. Wyjechała z nim z Polski, aby mógł kontynuować pracę naukową na najwyższym poziomie. Nigdy już nie była szczęśliwa. Odcięta od znajomych, przyjaciół, Warszawy, żyła skromnie i dość monotonnie we Francji. Nadal chciała być przedwojenną Krzywicką, a wiele relacji przytoczonych przez Tuszyńską potwierdza, że nie miała łatwego charakteru, co z wiekiem było coraz bardziej widoczne. Co najgorsze jej ostatnie lata upłynęły w cieniu dramatycznego konfliktu z synową (trzecią z kolei). Sprawa była naprawdę poważna, bo bliscy Ireny Krzywickiej podejrzewali nawet, że nie zmarła śmiercią naturalną.

Agata Tuszyńska potrafi opowiadać jak mało kto. Widać jej osobiste zaangażowanie, które jednak nie wpływa na jej obiektywizm. W biografii przedstawia opinie entuzjastyczne, ale również i takie, które nie stawiają jej bohaterki w dobrym świetle, a momentami są nawet bardzo niekorzystne. To właśnie sprawia, że jest to bardzo dobra książka. Wyważona, ale i emocjonalna. Na pewno nie pisana na kolanach. Mimo że Irena Krzywicka niekoniecznie jest kobietą, którą chciałoby się od razu mieć za przyjaciółkę, można się do niej zbliżyć, bo niewątpliwie banalna nie była.

Kto zainteresuje się wnikliwiej tematem, na pewno natrafi też na wspomnienia Andrzeja Krzywickiego, syna Ireny. Również bardzo ciekawa postać, wybitny naukowiec, a przy tym przez lata uzależniony od matki syn, jedyny, z kochanych ludzi, którego nie zabrała jej śmierć.



poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Kraków moim Paryżem się staje

Weekend spędziłam w Krakowie. Kiedy szara codzienność staje się za bardzo szara, w dodatku kolor nieba wcale nie pomaga, mam odruch ucieczki. Kiedyś, gdy byłam sama, zdarzało mi się często uciekać pod wpływem impulsu, żeby akumulatory naładować. Teraz taka spontaniczna ucieczka musi zostać zaplanowana, bo uciekam stadnie.

Brakuje mi bardzo Paryża, zaczynam to boleśnie odczuwać. Miałam nawet przez chwilę ochotę zaszaleć i tam wylądować w miniony weekend, ale rozsądek wziął górę. Starzeję się niestety:( Ale odkryłam, że Kraków mnie też ratuje. Co prawda pogoda była prawie taka, jak sześć miesięcy temu podczas Targów, jednak magia tego miasta działa na mnie i dałam się uwieść po raz kolejny. W dodatku wracając przywieźliśmy słońce!

Kraków przywitał mnie pięknie, bo w Empiku na Rynku mogłam po raz pierwszy zobaczyć "Paryż..." na półce w księgarni. Uczucie przyjemne, nie powiem, humor od razu mi się poprawił.



Potworki były dzielne. Spacerowały przez trzy dni, nieco tylko marudząc. Sobotę zaczęliśmy od ciastek  u Michalskich na Wiślnej, zasłodziliśmy się tak, że cukru przez pół roku nie tknę, a potem zaprowadziliśmy chłopców do Muzeum Inżynierii Miejskiej na świetną wystawę interaktywną Wokół Koła. Oszaleli tam zupełnie. A ja zwiedzałam spokojnie to, co mnie interesowało.

Omnibus

Tramwaj konny

Fiat




Francuskie wachlarze z czasów belle epoque




 Waza zakupiona we Francji na Wystawie Powszechnej w 1878 roku
Francuska porcelana z początku XX wieku




Potem zapiekanki na placu Nowym. Kiedy poszli z tatą trochę odpocząć, mama miała wychodne i spotkanie z psiapsiółką. Nie mogłyśmy się nagadać. Psiapsiółek mam jak na lekarstwo, w dodatku jedna w Irlandii, a ta druga właśnie w Krakowie, więc rzuciłam się na nią jak szczerbaty na suchary. 

Tarteletka truskawkowa od Michalskich

Zapiekanka z placu Nowego

A niedziela to już była czysta rozkosz, zrobiło się dużo cieplej i słońce zaczęło się nieśmiało przedzierać przez chmury, a w dodatku chwilami znikał ten szary kolor nieba, ustępując nieco miejsca błękitowi. I mam nadzieję, że już tak zostanie, bo wszyscy chyba już mają dość tej zimy. 



Kraków zastępuje mi Paryż, ledwo wróciłam, a już marzymy o kolejnej wyprawie, kiedy tylko się naprawdę ociepli. Wynajmujemy sobie mieszkanko niedaleko Plant. Raz, że niedrogie, dwa, że dla rodziny z małymi dziećmi idealne, bo i kuchnia jest i pralka, a do tego miejsca na tyle, żeby potworki bawić się mogły swobodnie. Hotel w naszym wypadku nie wchodzi w rachubę. Nie wyobrażam sobie zamknięcia w pokoju hotelowym z dwójką szalejących dzieciaków. A tu mamy dużo miejsca, żeby na siebie nie wpadać, w każdej chwili mogę coś zrobić do jedzenia, cisza, spokój, bo mieszkanie w podwórzu, do tego ciepłe i przytulne, a właściciel przemiły. Już trzeci raz wracamy i potworki mówią o naszym domu w Krakowie:) Jeśli ktoś by szukał tego dobrego adresu, to odsyłam tu: http://www.pokojekrakowskie.pl/. My korzystamy z Tulipana.

Przemyślałam wiele spraw, odpoczęłam, odcięłam się na trzy dni od Internetu. Poukładałam kilka rzeczy w głowie. Wyznaczyłam priorytety na przyszłe miesiące. Upewniłam się, że kocham Kraków prawie tak samo jak Paryż, może dlatego, że tak jest do niego niepodobny. Za to tak samo umie leczyć moją duszę, a to najbardziej cenię w miejscach, które odwiedzam.

środa, 3 kwietnia 2013

Kiedy komputer śpi, budzą się demony ;)

W Wielki Piątek padł mi komputer. Wcale nie stary, nie ma jeszcze roku, ale za to psuje się regularnie, w przeciwieństwie do mojego staruszka Acera, który jak padł, to po siedmiu latach, bez szans na reanimację. Zamiast się trzymać sprawdzonej marki, dałam się skusić sprzedawcy i wepchnął mi pięknego, ciemnoczerwonego Della. Po miesiącu zepsuł się twardy dysk, wymieniono szybko i sprawnie, a teraz wysiadł Windows i tu już pomocy nie otrzymałam, za płytkę w cenie 100 złotych podziękowałam pięknie i idąc za genialną radą konsultanta, sama wybrnęłam z kłopotów. Czytaj: mój nadworny informatyk, geniusz po prostu, wyciągnął mnie z tarapatów. Nie to żebym bardzo uzależniona była od komputera, ale to moje narzędzie pracy, więc jest mi niezbędny i tyle. Oczywiście jasna sprawa, że moim następnym laptopem nie będzie Dell:P Kiedy się obrażam to na długo.

Dobrą stroną odcięcia od Internetu, było to, że miałam mnóstwo czasu na czytanie. Nadrobiłam zaległości. Było poważnie (Bartoszewski o Pen Clubie), było nostalgicznie (Zapach świeżej kawy), było magicznie (Rubinowe czółenka) i było romansowo-przygodowo (Dotyk złodziejki).

Na pierwszy ogień rzucam właśnie Dotyk złodziejki, bo to, dosłownie i w przenośni, nowość dla mnie. Człowiek odejdzie trochę od tej techniki, to i dobry romans się zdarzy, w literaturze oczywiście:)

Nie czytuję współczesnej literatury erotycznej spod znaku Graya. Żeby nie było, że wypowiadam się o czymś, o czym nie mam pojęcia, przyznam się bez bicia, że próbowałam. Uważam, że nie można się wypowiadać o czymś, czego się nie przeczytało, choćby i cały świat mówił, że to kompleta tandeta literacka. Zatem czytać Graya zaczęłam i nie dałam rady. Za stara jestem chyba, bo dziewczę bohaterką będące doprowadziło mnie do szału tym, że jej najbardziej zużytą częścią ciała, na pewno nie był mózg. Dałam sobie spokój po kilkudziesięciu stronach, po prostu odpychało mnie od tej książki. O dokładnie tak bym ją zdefiniowała: odpychająca. I to miał być koniec doświadczeń z tego typu literaturą, choć kolejne pozycje pojawiają się jak grzyby po deszczu.



A jednak dałam się skusić książce, która pozornie do nurtu erotycznego nawiązuje. Przekonało mnie logo Naszej Księgarni na okładce, bo było nie było, jeszcze nie natknęłam się w tym wydawnictwie na książkę ewidentnie złą. Półkę z literaturą popularną trzymają dosyć wysoko, w sumie jeśli chce mi się dobrej, odprężającej lektury, jakiegoś romansu na poziomie, to często sobie do NK sięgam. I tak trafiłam na Dotyk złodziejki Mii Marlowe. 

Nie bez znaczenia był fakt, że akcja rozgrywa się w XIX wieku, również w Paryżu, a na pierwszy plan wysuwa się warstwa przygodowa, a nie łóżkowe wygibasy. Bardzo ciekawie zarysowane zostało tło historyczne, związane głównie z angielską kolonizacją Indii, a że to temat dotąd przeze mnie nie drążony, parę ciekawych informacji w głowie zostało. Marlowe zresztą została okrzyknięta "królową romansu historycznego" i choć na takie tytuły zawsze spoglądam z przymrużeniem oka, faktem jest, że zadbała o to, aby ta strona jej książki nie pozostała w cieniu wątku romansowego.

Sceny erotyczne są opisane subtelnie i delikatnie, z wyczuciem i bez epatowania fizjologią.  Nawiązują raczej do Kamasutry niż do markiza de Sade. Stanowią uzupełnienie powieści, jeden ze składników, nie przytłaczają i nie zniechęcają czytelnika. Dlatego też ta książka nie ma z Grayem nic wspólnego. Jest ciekawa historia, jest silna, zabawna kobieta, tytułowa złodziejka, lady Viola Preston, obok niej przystojny porucznik Greydon Quinn, są przygody oraz kryminalna intryga - związane z bezcennym czerwonym diamentem - i jest miłość. A jeśli miłość, to nie dziwi wcale, że pojawia się i seks.

Najważniejsze jednak dla mnie jest to, że przeczytałam dobry romans historyczny, który polecałabym właśnie jako alternatywę dla książek o pupie Maryny. Książka zbierała dobre recenzje, nawet w New York Timesie. Brawa dla wydawnictwa, że dało książce ciekawszą okładkę niż ta w wersji oryginalnej. Chętnie sięgnę po kolejne części cyklu Dotyk...
Mnie się podobało i tyle w temacie:)





Strona autorki: http://miamarlowe.com

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...